Józef Bocheński • 08.02.2013 15:57 • 83.24.55.xxx
JASŁO - moja nieodwzajemniona MIŁOŚĆ. Pożegnałem Ojca 74 lata temu - zamordowany został w Katyniu w 1940 r. - a ja spoglądam na kartki pocztowe stacji kolejowej i znów żegnam się z Nim, a kiedy jestem w Jaśle, idę na ten nieszczęsny peron z innej pocztówki i mówię pacierz w miejscu pożegnania. Za Niego. I płaczę - chociem bardzo stary - 83 rok mi idzie. Od stacji kolejowej - prowadzą mnie pocztówki w ul. Staszica, gdzie był Inspektorat Graniczny Straży Granicznej i gdzie Ojciec pracował, a rodzina nasza mieszkała. To był dom banku dzierżawiony przez SG. Dalej pocztówki prowadzą w ulicę 3 Maja i ul Kołłątaja, gdzie po drodze był wielo-branżowy sklep p. Plutaka zwany owocarnią. Kupowałem tam gumę do żucia i lemoniadę o smaku gruszek. Pamiętam jeszcze smak. Mama kupowała czekoladę Sucharda, a Tatuś kupował fistaszkowe lukrowane i posklejane "kamyczki" f-my Framboli. Takie fistaszki w skorupkach nazywane były w Jaśle "żydkami". A dalej na ul. Kościuszki (na wielu pocztówkach pokazywanej) była cukiernia p. Nowaka fenomenalnymi ciastkami i pączkami z konfiturą utartą w makutrze z płatków dzikiej róży. Pączki z marmoladą jadali w stolicy i w reszcie Kraju - w Jaśle jadano pączki tylko z różą. Jak gdzieś gospodynie smażyły latem pączki, to przechodnie wiedzieli o tym po zapachu dzikiej róży. Wystąpił w tej cukierni kiedyś Mieczysław Fogg z Chórem Dana. Jeszcze mam w uszach jego "Jesienne róże". Jasło znane było z galanterii - było takim małym miłym galicyjskim Wiedniem. Panowie nawet latem nosili kapelusze i uchylając je, z drugiego chodnika mówili głośno do Mamy: "całuję rączki pani komisarzowej" - choć nie całowali, podobnie jak nie całowali rączek pań "doktorowych", "inżynierowych" i innych wymienianych w tytułach. Przy paniach - panowie nie palili na ulicy papierosów.Po drugiej stronie 3 Maja i cukierni, był sklep "Bata" z butami i trochę dalej w kamienicy widocznej na pocztówkach, była żydowska apteka "Pod Gwiazdą", naprzeciw której stałem w 1938 r., gdy od stacji kolejowej - przez całe miasto - przeprowadzano parowóz, po szynach przekładanych wraz z podkładach kolejowymi. Wiedziono go do budowanej prochowni - dzisiaj to zakłady GAMRAT.Zwracając się w lewo - uwieczniona jest na pocztówkach na rogu ul. Sokoła - restauracja p. Józefa Kosiby z hotelem na piętrze. W sobotę koledzy wyznania mojżeszowego nie chodzili do szkoły, tylko przystawiali nosy do szyb drzwi wejściowych ich jednoizbowych mieszkań-warsztatów ojcowych przy ul. Sokoła i śmieli się do nas, gdy prztykaliśmy w ich rozpłaszczone na szybach nosy. Mówiliśmy sobie idąc na lekcje: "dobrze mają te Icki w soboty". Kto przeczuwał ich wojenną tragiczną śmierć w pobliskich Warzycach? Pocztówki pokazują moją szkołę im. R. Traugutta na ul. Sokoła, tak jak i pokazują ul. kr.Kazimierza Wlk., gdzie starsi bracia mojżeszowych kolegów brali odwet na nas, wołając do maszerujących zuchów i harcerzy "a połam ręce i nogi ty goju". Pomimo tego, nie było większych zatargów pomiędzy nami i mniejszościami, ani nie było jakichkolwiek pogromów. Pokazywany na pocztówkach Rynek - był pełen żydowskich sklepików, gdzie można było kupić wszystko: od przysłowiowego mydła, poprzez ubrania i buty do powidła. Nie znano tam słowa "nie ma" - starozakonny kupiec wysyłał żonę lub dzieciaki i one przynosiły klientowi co trzeba od znajomych handlarzy. A przed Bożym Narodzeniem, w Rynku, po lewej stronie patrząc na magistrat - kupowaliśmy ozdoby choinkowe, z aniołkami i szopkami na czele. Na jednej z pocztówek widać dom z tym sklepem i za nim kościół farny. A wracając do ul. króla Kazimierza Wielkiego to nikt nie może mi wytłumaczyć dlaczego władze i uliczne tablice zwą tą ulicę "K. Wielkiego" niczym w Gdańsku, gdzie jest z kolei "Jaśkowa D."Skoro jesteśmy przy pocztówkach z Rynku, to przywołajmy co tam można było kupić: owoce, naftę, mleko i śmietanę na litry, w tym wspaniałe ulęgałki, słodkie do kwadratu trześnie, o brzydkim zapachu łochynie - na wagę, mięso, drewno opałowe, warzywa i na tuziny malinówek. Nie wiecie dzisiejsi Jaślanie co to było? Ulęgałki to ulężone dzikie gruszeczki, a trześnie to czarne jak smoła okrutnie gorzkie dzikie wisienki, które po ulężeniu nabierały koloru siwo-granatowego i scukrzały się do niemożliwości. Rękę od trześni lizało się ze słodyczy i godzinę. Łochynie - to takie niby szaro-czarne porzeczki o zapachu pluskiew ogrodowych, a które po konfiturowym wysmażeniu smakowały niczym daktyle i czarne porzeczki z dodatkiem bananów i pomarańczy - jednym słowem "jasielski cymes". No, a co to malinówki? To były siwe gołębie o malinowych oczach kupowane na rosołki, szczególnie dla chorych anemików. Trzeba było tylko uważać na uwiązane do wozów konie, które miały wiechcie słomy przy chłopskich chomątach, gdy kąsały przechodzących. A i ciekawostka: można było napić się mleka prosto od krowy, bo . niektóre wozy przyciągnięte były przez krowy, gdy brakło konia w gospodarstwie. A jajka kupowało się na kopy od 90 gr do 1 zł 50 gr, co stanowiło najwyżej "2 po pół pięty" tj. 2 za pięć groszy (pięć - pięciu - pięci - pięty) - wówczas, gdy cukier kosztował 1 zł/kg, a za 2 zł można było zrobić obiad dla 4 osób (rosół na mięsie i warzywach + ziemniaki z tym mięsem i warzywami). Zejdźmy wg pocztówek ul. kr. Kazimierza Wlk. w dół do mostu - to była dzielnica żydowskiej biedoty. Dalej jeździłem z Rodzicami rowerami łowić płotki i brzanki w Wisłoce lub na południe łowić liny, szczególnie dorodne w zakolach starej Ropy.Pocztówki pokazują i boczne ulice, takie jak ul. kr. Jagiełły, gdzie był zakład rowerowy p. Józefa Bąka, który zawsze miał coś do roboty przy naszych rowerach - chociażby dlatego, że ja rosłem. Miał pecha, bo zginął w niemieckim obozie od wybuchu alianckiej bomby. Był tam też ciekawy obiekt - synagoga i starozakonni przedziwnie ubrani w chałaty i lisie czapy - to też Jurek Ruciński eksponuje w zbiorze pocztówek. Z drugiej strony "mojej osi wspomnień" jest ul. Floriańska z żydowskim kirkutem (cmentarzem) - nie lubiłem tamtędy chodzić, bo było brzydko i brudno. Gdyby chcieć wszystko wymienić - zabrakłoby miejsca.Te wszystkie wzruszające przeżycia zawdzięczam właśnie Jurkowi Rucińskiemu, który zebrał i upublicznił olbrzymi skarb jakim są zbiory pocztówek, uzupełnione fotografiami starego Jasła, które teraz po 3/4 wieku wspominam, kocham i tęsknię za nim. Ja tęsknię za moją Małą Ojczyzną - Jasłem, bo ta dużą Ojczyzna - Polska jest wspólna i jest. Ta Mała Ojczyzna to był dom przy ul. Wyspiańskiego 4, Ojciec i Mama i wspaniałe dzieciństwo - do 9-ego roku życia - wśród bliskich mi osób i z ulubionym psem, rowerem i zabawkami. To było Jasło, a może tylko szlak do szkoły i centrum był dokładką? Piszę "był", bo wojna zabrała wszystko - zostaliśmy Mama i ja i tylko to, co na grzbiet włożyliśmy. Byłem ewakuowany z Jasła z wojskiem, a po wojnie komunistyczne władze nie pozwoliły Mamie i mnie - rodzinie non grata - wrócić do mieszkania, które cudem ocalało. Do dzisiaj jest ulica komunisty Jana Ferdynanda Tkaczowa - oficera przeszkolonego przez sowieckie NKWD i postawionego na dowódcę batalionu im. Jose' Palafoxa z XIII Komunistycznej Brygady Międzynarodowej w Hiszpanii. Jaślanie przez 14 lat III RP hołubią tego i innych komunistów (Emil Dziedzic, Józef Ducal). Oby każdy Jaślanin mógł znaleźć swoją Małą Ojczyznę - pocztówki w tym pomogą.Zamykam oczy i . jestem na jawie w moim Jaśle. A może to tylko moje majaki mojego snu? Jednak za wszystko: Bóg zapłać!